08.08-10.08 - Big Jump

Big Jump, tak nazwałbym ten etap podróży. Skończyliśmy właśnie drugi tydzień naszej wyprawy. Do tej pory ciągle jechaliśmy do zachodniego wybrzeża, a teraz jedziemy na wschodnie. Trochę to dziwne, bo dobrze wiemy, że nasza podróż zbliża się ku końcowi tak jak i budżet, który mamy na nią.
Krajobraz za oknem jest przygnębijający, tzn pustynny i małozielony. Wewnątrz samochodu jest 120 *F czyli 48 *C. W ten urokliwy krajobraz wyśmienicie wpasował się znak ostrzegawczy, mówiący by nie brać auostopowiczów gdyż w pobliżu jest więzienie. To tak na wszelki wypadek jakby jakiś zwiał.

Po drodze mijamy El Paso. To miasto leżące na granicy dwóch państw, rozdzielone rzeką. Amerykańska częśc miasta to El Paso, Meksykańska Ciudad Juarez. Nie mogę sobie tego wyobrazić. Siedzisz po jednej stronie miasta i jesteś w USA. Spoglądasz za rzekę widzisz resztę miasta, która jest już po stronie Meksyku. Ciekawe czy mosty to przejścia graniczne.

W każdym razie Ciudad Juarez jest znana z karteli zajmującymch się przemytem narkotyków do USA. Żaden z szefów jednostki zajmującej się zwalczaniem wspomnianych karteli, nie utrzymał się dłużej na stanowisku niż kilka miesięcy. Kobieta, która była szefem tego departamentu była tak skutecznie zastraszana, że uciekła do USA i będzie świadkiem koronnym przeciwko kartelom.

Jadąc blisko granicy można trafić na lotny patrol Straży Granicznej. Przez lotny mam namyśli zjazd z autostrady, pod specjalne namioty, gdzie uzbrojona straż sprawdza ID. Przed wiechaniem pod taki namiot miamy słupki z kamerami, które są skierowan na samochód a jest ich sześć. Miły Pan z karabinem, każe się zatrzymać opuścić okno i pyta się skąd jesteśmy i co tu robimy. Oczywiście jesteśmy biednymi studentami, którzy uczą się w USA. Jest tylko jeden problem! Nie mamy przy sobie żadnych dokumentów, tzn mamy paszporty ale nie zabraliśmy WIZ studenckich! Trochę zmartwiony Pan, tłumaczy nam, że właśnie kończy zmianę a sprawdzenie naszych wiz w systemie SEVIS ( Student and Exchange Visitor Program) zajmie mu conajmiej pół godziny, więc każe nam jechać dalej. Chyba nie wyglądamy podejrzanie mając załadowany samochód po dach :)


Jesteśmy już gdzieś w Louisianie. Krajobraz zmienił się  i jest teraz przyjemnie zielony. Trzeba tylko uważać na gady. To co mnie zdziwiło i widziałem pierwszy raz, to dwie ciężarówki jadące obok siebie blokujące autostradę. O tyle dobrze, że były za nami jednak to zajawisko gdzieś zapisało się w mojej głowie. Teraz już wiem, że to była odmiana "Szeryfa Drogowego". Ciężarówki zwolniły ruch by korek, który był kilkadzisiąt kilometrów dalej, mógł się rozładować. Pierwszy raz coś takiego widziałem właśnie w USA, teraz można się z tyms potkać także i u nas w kraju.  Czy to dobra metoda? to pytanie pozostawię bez odpowiedzi.


 My lądujemy na plaży w Pensacoli, czyli dotarliśmy na Florydę. To pierwsze miejsce, gdzie do wody wchodzę z wielką przyjemnością, bo woda jest tak ciepła jak powietrze. Czas się zrelaksować  :)

Kilka kilometrów dalej znajdujemy dobre pole namiotowe, gdzie każde stanowisko ma swój grill. Wszystko zapowiada się fantastycznie, nawet drinki z saszetki (pamiętacie może orenżadę sprzedawną w folii) ale zaraz po rozbiciu namiotu nadcigają chmury bużowe. Zrobiło się czarno, zaczęło lać i waliły pioruny z nieba. Schowaliśmy się do samochodu, to jedno z bezpieczniejszych miejsc podczas burzy, i piliśmy drinki czekając aż burza przejdzie.

Odziwo namiot przetrwał i nie został zalany. Były problemy z rozpaleniem grila ale też się udało. Na polu była też samo obsługowa pralnia, więc i to się udało zrobić. To był dobry dzień.

Pole namiotowe miało zejście na cudowną białą plażę, niestety był zakaz kompieli z powodu "zielonego nalotu".


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

11.08 - Floryda

03.08.2011 - San Francisco